Jam Galijski Wojownik, z ognia, lasu, krwi,
nieraz śmierć po mnie przyszła, nieraz zamknęła drzwi.
Lecz gdy myślała, że już kończy mój szlak,
ja wstawałem z błota i mówiłem: „nie tak”.
Widziałem legion, słyszałem ich krok,
widziałem stal, ogień i bitewny mrok.
Tarcza pękała, miecz tracił swój blask,
lecz kiedy kurz opadał — ja wciąż byłem wśród nas.
Druid mieszał kocioł, aż bulgotała noc,
mówił: „Pij, wojowniku, dziś przyda ci się moc”.
Wypiłem jeden łyk, potem drugi dla sił,
trzeciego nie pamiętam — lecz wróg już wtedy drżał i wył.
Niejeden już przysiągł, że widział mój kres,
niejeden na mój pogrzeb przygotował już pieśń.
Lecz zanim zdążył wznieść za mnie żałobny dzban,
ja wracałem do ogniska i pytałem: „co tam?”
Nie jeden miecz próbował zakończyć mój los,
nie jedna włócznia chciała uciszyć mój głos.
A ja zbierałem blizny jak inni swój łup,
bo widocznie nawet śmierć ma ze mną za krótki trud.
Nie dla korony, nie dla złota, nie dla sław,
nie dla cesarzy, tronów ani obcych praw.
Mam swoich braci, ogień, ziemię, las,
i chyba dlatego śmierć znów przegapiła czas.
A gdy pewnego dnia znów stanie u mych drzwi,
niech chwilę zaczeka, bo kocioł jeszcze wrze.
Druid naleje, ja uniosę swój dzban —
a nim skończy pierwszy łyk, znów będę ruszał w dal.